Witam serdecznie! Bardzo się cieszę, ze aż tyle komentarzy pojawiło się przed samym wstępem tego opowiadania;) Cóż, dzisiaj zapraszam na Prolog. Ma trochę związku z tym, co wydarzy się później.
Od razu odpowiadam na ostatni komentarz pod ostatnią notatką. Tak, pojawią się tutaj negatywni bohaterowie. Może niekoniecznie będzie takim Raoul - nie, on raczej będzie stanowić przykład "mędzacza/płaczka pospolitego";)
Cóż, jeśli jednak nie Erik będzie czarnym charakterem, to kto? Ja już wiem. To znaczy, jest to wersja robocza, ale nie sadzę, by wiele się zmieniła.
No właśnie! Jeden z poprzednich komentarzy dotyczył tez tego, że nie wiem, jak to się skończy. To było trochę przesadzone - z mojej strony. Więc wytłumaczę to tak: większość z tego, co się tutaj zdarzy - po prostu... bardzo dokładnie mi się przyśniła;) Obudziłam się niestety w bardzo ciekawym momencie, więc nie poznałam zakończenia. Co nie znaczy, że w głowie nie domyśliłam sobie, jak to wszystko ma wyglądać;) A więc proszę być dobrej myśli!
Od następnej części każdy rozdział będzie miał tytuł albo "Christine", albo "Meg". Oznacza to, że ten akurat fragment będzie napisany z perspektywy którejś z dwóch dziewczyn;)
Nie będę się już bardziej rozdrabniać. Po prostu - zapraszam do czytania. Może się to wydać trochę naiwne, ale - czemu by nie? Mnie samej śniły się już głupsze rzeczy - że np. strzelali do mnie gestapowcy, więc musiałam wyskoczyć z okna na dziesiątym piętrze budynku, żeby się "uratować";)
Pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie!
Panna X - Christine
***
To my tworzymy naszą rzeczywistość.
Wszystko zaczęło się od tego, że postanowiłyśmy razem z Meg uniezależnić się od naszych rodziców… Fakt, iż po ukończeniu osiemnastego roku życia stałam się prawną właścicielką spadku po babci – dużego mieszkania w dawnej arystokratycznej rezydencji w Mayfair – zdawał nam się to maksymalnie ułatwiać.
Pieniądze nie stanowiły problemu – udało nam się go rozwiązać już wcześniej – w raczej niekonwencjonalny sposób.
Pracowicie remontowałyśmy przez czas aż do wakacji każdy zakamarek naszego przyszłego domu.
I na co to wszystko?
By spędzić tam aż jeden wieczór.
Może nie doszłoby do tego wszystkiego, gdybyśmy nie miały tak na imię – Christine i Meg. Albo – gdybyśmy tak bardzo nie uwielbiały musicalu Andrew Lloyda Webera „Upiór w operze”. A może było to zależne właśnie od tego, że zamieszkałyśmy w tym, a nie w innym miejscu?
Chociaż chyba najbardziej prawdopodobne, że powodem całej sytuacji była nasza odwieczna niechęć do zakończenia tej tragicznej historii i przyzwyczajenie do zastanawiania się „co by było, gdyby”…
To wszystko jednak nie ma już znaczenia. Stało się i już. Pozostało nam działać – wziąć swój – i jednocześnie wszystkich bohaterów tej historii – los w swoje ręce…