Blog ten jest w dedykowany:
Ewie - mojej najlepszej przyjaciółce i współautorce tego opowiadania,
Annie, autorce bloga my-fairytale,
oraz wszystkim wielbicielom historii Upiora w operze!



Rozdział 1 - Christine

sobota, 7.czerwca.2008, 14:54
Hurra! Hurra! Dodaję nową część - pierwszy rozdział!

Może dzięki temu będzie łatwiej wyjaśnić, jak moja historia wiąże się z "Upiorem w operze";)

Zapraszam, zapraszam - również do działu o bohaterach, bo pojawiły się tam ich sylwetki - na razie brakuje nam kluczowej postaci, bo jeszcze nie pojawiła się w treści:D

Pozdrawiam wszystkich i zapraszam do czytania i komentowania!

Panna X


***


Kto nie umie daleko spoglądać, ten blisko ma kłopoty
~ Konfucjusz


To była pierwsza noc w nowym mieszkaniu. Rodzice wrócili do siebie, a my zostałyśmy same.
Położyłyśmy się spać późno – po ustawieniu ostatnich niezbędnych rzeczy na ich miejsca i obejrzeniu oraz dogłębnym skomentowaniu „Upiora w Operze”. Jak zwykle, zastanawiałyśmy się, dlaczego ta historia przebiegła w ten sposób i jak mogłaby wyglądać, gdyby to od nas zależało.
Racula nie potrafiłyśmy ścierpieć obie. Dlatego we wszystkich „dramatycznych” momentach z jego udziałem głównie ryczałyśmy ze śmiechu, doszukując się najróżniejszych mankamentów jego urody, charakteru, a nawet psychiki. Ostatecznie doszłyśmy do wniosku, że był zniewieściałym egoistą, kretynem najgorszego gatunku i poza tym – w porównaniu z Erikiem wyglądał jak brzydka baba o niemytych od miesiąca włosach.
Kiedy już jednak obie położyłyśmy się spać w naszych sypialniach, okazało się, że zabawa dopiero się rozpoczęła…

***

- Christine, wstawaj! – mocne szturchnięcie i czyjś zniecierpliwiony głos zbudził mnie z błogosławionego snu. Przez chwilę zastanawiałam się, gdzie jestem – ktoś włączył moją nocną lampkę, a ja – na wpół jeszcze śniąca o romansie z Erikiem – nie mogłam odnaleźć się w rzeczywistości. Dłuższy czas zajęło mi otrzeźwienie, zorientowanie się, że jestem w swoim pokoju, we własnym, nowym mieszkaniu i… zauważenie wysokiej kobiety w ciemnej sukni, mierzącej mnie surowym spojrzeniem.
Od razu wróciłam do rzeczywistości. W zdumiewającym tempie wstałam i zaatakowałam ją:
- Kim pani jest i czego chce?!
Była prawie mojego wzrostu, ale nie bardzo mogłam dostrzec rysy jej twarzy, bo zasłoniłam sobą najlepsze światło lampki.
Kobieta nie zadała sobie trudu, by mi odpowiedzieć. Zamiast tego skarciła mnie:
No, nareszcie się obudziłaś! Myślałam, że będę musiała przyciągnąć tu syrenę strażacką albo wylać na ciebie kubeł zimnej wody!
Uniosłam wysoko brwi ze zdumienia. Coś tu nie grało. Na wszelki wypadek wzięłam do ręki ciężką książkę ze swojego nocnego stolika. Z powodu swojego nie do końca przytomnego umysłu uznałam, że w razie potrzeby wystarczy mi za prowizoryczną broń.
Kobieta zauważyła mój ruch i skomentowała go raczej zmęczonym głosem:
- Christine, nie wygłupiaj się. Lepiej zacznij pakować najważniejsze rzeczy…
Nie zdążyłam jej dać riposty, bo w tym momencie do mojej sypialni wpadła jak burza, z kijem do krykieta przygotowanym do ataku, wciąż jeszcze półprzytomna Meg.
- Co tu się dzieje?! – chociaż wydawała się być jeszcze nie do końca obudzona, zabrzmiała prawie niebezpiecznie.
Obca znów, zamiast odpowiedzieć, westchnęła ciężko. Miałam właśnie sięgnąć po telefon i zagrozić, że wezwę policję, kiedy powiedziała jej:
- Megan, zamiast tracić czas na grę krykieta lepiej spakuj swoją torbę podróżną…
W tym momencie światło mojej lampki bardzo wyraźnie oświetliło jej twarz. Oniemiałam, bo zorientowałam się, skąd ją znam. Meggie wstrzymała oddech na dłuższą chwilę, co zdołałam rozpoznać po jej minie. Aż usiadłam na łóżku z wrażenia, kiedy zdałam sobie sprawę, kogo miałam przed sobą…
- Madame Giry! – krzyknęłam, kiedy w mojej głowie odsunęła się odpowiednia szufladka. Kobieta wyglądała dokładnie tak, jak Miranda Richardson w roli Madame Giry z „Upiora”… Przez chwilę zastanawiałam się, czy przypadkiem nie dręczą mnie dziwne omamy spowodowane zbyt częstym i intensywnym oglądaniem musicalu… A jednak, nie wyglądała na niematerialną zjawę. Aby się upewnić, dotknęłam jej ręki. Nie wyglądała na zdziwioną moim gestem. Dłoń była ciepła – zdecydowanie materialna. Podchwyciłam jej spojrzenie. Kiwała smutno głową.
Czy naprawdę miałyśmy do czynienia z MADAME GIRY?!
Cóż, nie dane nam było długo się nad tym zastanawiać, bo nagle wyciągnęła z mojej garderoby dwie duże torby, te same, które tego samego wieczora udało mi się upchać na półce tuż pod sufitem. Otworzyła je i zaczęła do nich wrzucać poukładane na półkach ubrania.
- Co pani robi? – dobiegłam do niej i zabrałam jej torbę.
W tym momencie wydawała mi się być już bardzo, bardzo zmęczona.
- Musicie stąd uciekać. Grozi wam poważne niebezpieczeństwo…
Obie z Meg stanęłyśmy za jej plecami i z głupimi minami patrzyłyśmy to na nią, to na siebie nawzajem. Czy przypadkiem nie miałyśmy do czynienia z jakąś wariatką?
Odwróciła się i z naszych twarzy wyczytała, co nam chodzi po głowie. Zauważyłam, że westchnęła ciężko.
- Jesteście Christine Daaé i Meg Giry! Nie widzicie?! Christine Daaé i Meg Giry! Możecie być bezpieczne tylko tam… Nie mogę wam teraz nic więcej wyjaśnić, nie ma na to czasu…
Jedno porozumiewawcze spojrzenie i głośny wybuch śmiechu. Miałam ochotę tarzać się po podłodze, tak bardzo śmiech rozbrzmiewał w moim wnętrzu. Szybko jednak przywróciła nas na ziemię poważna mina „Madame Giry”.
- Nie wierzycie?! – tym razem zapytała prawie ze wzgardą dla naszej „ignorancji”. – No to zobaczcie…
Odsunęła ubrania na wieszakach mojej garderoby. Za nimi, zamiast pustej ściany były… duże, stare, drewniane drzwi.
Szczęka opadła mi z wrażenia. Nie tylko mnie, Meggie też.
Drzwi otworzyły się po popchnięciu Madame. W tym momencie ukazały nam się wąskie, zakręcane do góry, kamienne schodki.
Gapiłyśmy się na to zjawisko jak cielęta na malowane wrota. Dopiero po około minucie Meg oprzytomniała i prychnęła lekceważąco.
- To ma nas przekonać? Przecież to musi być po prostu dodatkowe przejście na strych! Wieczorem poskładałyśmy tam wszystkie pudła po przeprowadzce!
Obca pokręciła głową.
- Te schody prowadzą o wiele dalej… A teraz nie marudźcie, naprawdę trzeba spakować wasze najpotrzebniejsze rzeczy…
Nie dała nam za bardzo wyboru, bo kontynuowała wrzucanie naszych ubrań do toreb.
Obie chciałyśmy zobaczyć, co czeka na nas na szczycie schodów, ale bojąc się, że „Madame” mówi prawdę i że kiedy na nie wejdziemy możemy już nie mieć możliwości powrotu, zabrałyśmy się do roboty.
Kobieta wyglądała na strasznie przejętą. Czy to wszystko mogło być zwykłym żartem? Jeżeli natomiast była to zwykła halucynacja – obie chciałyśmy wiedzieć, co wydarzy się dalej.
Na pierwszy ogień poszły moje ulubione książki oraz wszystkie rękopisy – te dopiero rozpoczęte i te skończone. Nie mogłam przecież nie dorzucić do tego także własnej, niedawno wydanej powieści. Byłam zbyt dumna ze swojego bestsellera.
Chwilę później, pod wpływem impulsu, dodałam DVD z „Upiorem w operze” oraz iPoda ze wszystkimi ulubionymi piosenkami. Do tego… baterie słoneczne, mini odtwarzacz DVD, telefon komórkowy, kosmetyki i przybory toaletowe, mały album ze zdjęciami rodziny i przyjaciół oraz wiele innych, ważnych dla mnie ze względów praktycznych i sentymentalnych, drobiazgów. Nie zapomniałam o dokumentach, kluczach, wyciągach bankowych, kartach płatniczych. W końcu nie miałyśmy pojęcia, gdzie znajdziemy się po wejściu na schody…
Ubrałyśmy się w to, co było pod ręką. Meg – w swoją ukochaną, czarną, skórzaną kurtkę, jasne jeansy oraz trampki, a ja – też w jeansy, ale granatowe, sweter nieco ciemniejszym odcieniu oraz w swoje najwygodniejsze buty do chodzenia – kiedyś wyjściowe, złote półbuty, teraz – po trzech latach regularnego zużycia – zmatowiały i nabrały raczej szarej barwy.
Kiedy, już gotowe, stanęłyśmy przed Madame, zadziwiająco uśmiechnęła się do nas lekko – chyba chciała nam dodać otuchy - i gestem wskazała, byśmy weszły pierwsze na schodki.
Meggie mnie wyprzedziła, bo miała nieco mniej rzeczy. Poza tym, wszystkie swoje rzeczy spakowała do dużego turystycznego plecaka i zaledwie jednej torby. Mnie natomiast nie za bardzo się spieszyło. Szczególnie, dlatego, że byłam ciekawa, co teraz zrobi Madame.
Okazało się, że dokładnie pozamykała nasze mieszkanie, ustawiła wszystko tak, aby wyglądało, że nikogo tam nie było, od środka zamknęła garderobę, potem zaś te wielkie, drewniane drzwi.
Były nadzwyczaj grube. Przez chwilę pomyślałam, że może one tylko sprawiają wrażenie zrobionych z drewna, bo wydawało mi się, że w środku, pomiędzy dwoma warstwami mają metalową płytę. Cóż, najwyraźniej to miało starczyć na zabezpieczenie przejścia. Madame później zamknęła je tylko jednym kluczem, ale usłyszałam, jak jednocześnie zamyka się przynajmniej pięć zamków.
Po chwili, kiedy już miałam zacząć wchodzić na górę, zorientowałam się, że Madame coś do siebie powiedziała, kiedy chowała klucz:
- Oby to był już ostatni raz… Może teraz się uda?...
Udałam, że nic nie słyszałam. Zamiast tego zebrałam się w sobie, by wciągnąć swoje walizy na górę.

***

Jeszcze zanim dotarłam na szczyt schodów, słyszałam podniesione głosy. Jeden z nich na pewno należał do mojej przyjaciółki, a drugo był mi zupełnie obcy.
W końcu, na górze zobaczyłam… dwójkę obcych mi ludzi!
No, nie do końca obcych. Kobieta – blondynka – była ubrana w strój Meg i mówiła dokładnie tak samo, jak ona. Z drugiej strony, przestała przypominać siebie… Wyglądała jak… Jennifer Ellison – odtwórczyni filmowej roli Meg Giry!
Upuściłam z wrażenia torby i przez moment przyglądałam jej się w milczeniu. To musiała być ona, ale… Jakoś trudno było mi to sobie w głowie uporządkować…
Jedynym słowem, jakie udało mi się z siebie wykrztusić, było jej imię.
Natychmiast przerwała swoją tyradę – nie do końca zrozumiałam, co było jej tematem i czym była spowodowana. Spojrzała w moją stronę i… jej oczy zrobiły się nagle ogromne jak spodki. Wyglądała, jakby zobaczyła ducha.
- Chris?! To ty?!
Zdezorientowana, nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Już upewniłam się, że osoba przede mną była moją najlepszą przyjaciółką, – chociaż jej wygląd zewnętrzny zmienił się, ten wyraz twarzy rozpoznałabym wszędzie. Poza tym miała wciąż swój kolor oczu – przechodzący w zależności od pogody i nastroju z niebieskiego w szary lub zielony i z powrotem w błękit.
Oprzytomniałam i uniosłam wysoko brwi.
- No jasne, że ja. A niby kto? – udało mi się w końcu zapytać.
Milczała, a ja dopiero wtedy przypomniałam sobie o obecności obcego mężczyzny, z którym Meg przed chwilą tak zawzięcie się kłóciła. Stał z boku i spoglądał na nas z rozbawieniem, kpiną i ironią.
Był wyższy ode mnie o ponad dziesięć centymetrów i bardzo elegancko ubrany. Moją uwagę zwróciła jego bardzo przystojna twarz, ciemne włosy i spojrzenie zielonych oczu, które dowodziło jego pewności siebie i świadomości powodzenia u płci przeciwnej. Natychmiast zrozumiałam, co w nim tak zacietrzewiło Meg. Nie potrafiła znieść takich aroganckich, zarozumiałych typów.
Przyglądałam mu się z zaciekawieniem przez chwilę, ale przerwała mi „nowa” Megan:
- Jak to – kto? Christine Daaé!
Odwróciłam się do niej i widząc jej minę, głośno parsknęłam śmiechem.
- Proszę, nie żartuj sobie…
Wtedy do naszej rozmowy przyłączyło się przystojne indywiduum. Chociaż wcześniej wyraźnie kłócił się z Meg, do mnie zwrócił się nader uprzejmie.
- Pozwolisz pani, ale zgodzę się z twoją przyjaciółką. Wyglądasz dokładnie tak, jak mademoiselle Daaé. – nacisk padł na słowo „dokładnie”.
Nie przemówiło to do mnie, ale na wszelki wypadek sama objęłam się wzrokiem. Oniemiałam. Gdzie się podziały charakterystyczne dla mnie i całej mojej rodziny wałeczki tłuszczu, które tu i ówdzie chroniły mnie przed zimnem?! Raptem zrobiłam się nadzwyczaj płaska na brzuchu i prawie zupełnie znikł mój tyłek! Jednocześnie mój biust wciąż miał ten sam rozmiar – tyle, że tym razem było to widać, bo nie wyrównywały go oponki na prawie całej mojej długości. A moje nogi! Zerknęłam w dół i przez chwilę myślałam, że nie mają końca. Nagle ręce były jakby zupełnie nie moje, a ukochane półbuty – zrobiły się za duże! Nie wspomnę o swetrze i jeansach, które na pewno spadłyby ze mnie zupełnie, gdyby nie pasek, który natychmiast zacisnęłam na nich mocniej.
To byłam… ja i nie ja. Torby, które przed chwilą wciągnęłam dziarsko maszerując po schodach, teraz wydawały mi się prawie tak ciężkie, jak ja sama.
- Co to ma być, do diabła! – w końcu udało mi się z siebie wydusić. Przy okazji zerknęłam na swoje dłonie – odciski na palcach, spowodowane długotrwałym pisaniem, zupełnie znikły.
W głosie Meg pobrzmiewała nie do końca skrywana wściekłość.
- No właśnie chciałam się tego dowiedzieć, kiedy weszłaś. – upewniła się już na szczęście, że to ja.
Obie równocześnie spojrzałyśmy oskarżycielsko na mężczyznę. On natomiast natychmiast przysunął się do ściany i uniósł ręce w obronnym geście. Miał już coś powiedzieć, kiedy za sobą usłyszałyśmy głos Madame, o której zdążyłyśmy zupełnie zapomnieć.
- Widzę, dziewczęta, że już zdążyłyście poznać mojego przyjaciela i jednocześnie współpracownika. Jak zwykle, nie potrafi zachowywać się stosownie do swojej pozycji. To hrabia Jason Withmore…
Odwróciłyśmy się szybko, by zorientować się, że pani Giry stoi przy zamkniętych już drzwiach do schodów i najwyraźniej przyglądała się całej sytuacji od dłuższego czasu. Znów zwróciłyśmy się ku mężczyźnie, który uśmiechnął się do nas rozbrajająco i ukłonił się nisko.
- Naprawdę, niezmiernie miło mi was w końcu poznać, drogie panie…
Ponieważ przyjaciółka najwyraźniej nie zamierzała odpowiadać, udało mi się przybrać na twarz coś w rodzaju uprzejmego uśmiechu, dygnęłam lekko i podałam mu rękę.
- Nam również, wasza lordowska mość… - dzięki Bogu, przez czytanie i pisanie romansów historycznych sposób tytułowania arystokratów miałam opanowany do perfekcji. Natomiast zapomniałam się i byłam przekonana, że jak każdy normalny człowiek uściśnie mi rękę. Zamiast tego pochylił się nad nią nisko i pocałował z galanterią moją dłoń.
Zanim się spostrzegłam, już trzymał w ręku moje torby. Chciałam je od niego zabrać, ale obdarzył mnie szelmowskim uśmiechem i pokręcił głową. Ustąpiłam, bo bałam się, że w „nowym” ciele nie dałabym rady długo ich dźwigać. Szepnęłam więc tylko: „Dziękuję”.
Chciał też wziąć torbę i plecak Meg, ale ona natychmiast odsunęła się asekuracyjnie i warknęła, spoglądając na niego wilkiem.
- Dziękuję, poradzę sobie. Zamiast tego, sądzę, że obie mamy prawo dowiedzieć się, po co nas tu, do cholery, sprowadziliście i skąd się wzięła ta cała maskarada!
Madame podeszła do nas i delikatnie położyła dłonie na naszych ramionach. Odpowiedziała nam stanowczym tonem:
- To było konieczne. Od momentu, kiedy stałyście się naprawdę Christine Daaé i Meg Giry, powinniście już mieć zapewnione bezpieczeństwo… - chociaż wyraźnie słyszałam drżenie w jej głosie.
Odwróciłam się energicznie, dziękując Bogu za to, że nie wpadłam na pomysł, by założyć swoich jedynych, unikalnych, zielonych szpilek Dolce&Gabbana, w których przybywało mi dziewięć centymetrów wzrostu. Pewnie, gdybym miała je na sobie w tym momencie, padłabym jak długa na ziemię, nieprzyzwyczajona do nowej – znacznie mniejszej – masy ciała. Nadal jednak byłam znacznie wyższa od Madame, nie wiedziałam nawet, czy nie urosłam kilka centymetrów.
- O co w tym wszystkim chodzi? Co to znaczy, że „byłyśmy w ogromnym niebezpieczeństwie”? Czy tylko nas tu sprowadziliście?!
Wyrzucałam z siebie pytania z prędkością karabinu maszynowego. Kiedy już zabrakło mi pomysłów, usiadłam na wielkim, starym kufrze stojącym tuż za mną i zaczęłam oddychać głęboko, bo już całkiem zabrakło mi tchu. Zauważyłam przy tym, że Withmore znów spoglądał na nas obie z kpiącym uśmiechem. Meg poszła za moim przykładem i tylko dzięki temu, że siedziałam bardzo blisko niej, miałam przyjemność usłyszeć soczysta wiązankę, którą wyrzucała z siebie pod nosem, a która i mnie samej jednocześnie przyniosła niewielką ulgę.
Madame wydawała się być niewzruszona.
- Wszystkiego dowiecie się w odpowiednim czasie…
Naprawdę nie cierpię tych słów. A wtedy miałam okazję po prostu je znienawidzić… Taka tajemnica i enigmatyczne odpowiedzi wprawiały mnie w szewską pasję.
Co miałyśmy jednak robić? Pozostało nam tylko podążać za Madame.

***

Madame poprowadziła nas przez długi, ciemny korytarz, który kończył się drzwiami bardzo podobnymi do tych w mojej garderobie. Zamknęła je za nami i wysunęła się na przód, by oświetlać nam drogę. Wtedy znalazłyśmy się w dużym, ale niskim pomieszczeniu, które wyglądało na… bardzo stary strych. Było tam mnóstwo kurzu, pudeł, gratów, które musiały już przeleżeć tam przez dziesięciolecia. Przypomniały mi nieco… teatralne dekoracje.
W mojej głowie zrodziło się poważne przypuszczenie, które nie dawało mi spokoju. Znów przeszliśmy przez drzwi, które Madame zamknęła i potem długo schodziliśmy po krętych, kamiennych schodach: nasza przewodniczka, my dwie, a na końcu hrabia Withmore. W końcu dotarliśmy do szerokiego, ale ciemnego korytarza. Było tam bardzo cicho i ciemno. Jedynym źródłem światła był dla nas kilkuramienny świecznik w ręku Madame. Moje przypuszczenia przeobraziły się w pewność.
Madame spojrzała na nas przez ramię i uśmiechnęła się lekko.
- Dziewczęta, witajcie w paryskiej Opera Populaire!
Powinnyśmy się chyba tego spodziewać. Jeśli już zmienili nas w Christine Daaé i Meg Giry, to przecież nie mogło sprawiać im problemu przeniesienie nas w miejscu i czasie. W ten sposób, z Londynu z dwudziestego pierwszego wieku przeniosłyśmy się do Paryża roku 1870!
A jednak – na pewno dla mnie był to szok. Głowa zaczęła mnie boleć od kotłujących się w niej pytań i wątpliwości – szczególnie o tak późnej, lub raczej rannej porze. Dlaczego my? Dlaczego teraz? W jakim celu? Czy garderoba w babcinym domu od zawsze była portalem? Czy przez te czternaście lat, odkąd apartament stał pusty, nie mogłam przenieść się do świata rodem z mojej ulubionej historii miłosnej? A przede wszystkim – jakie niebezpieczeństwo i z jakiej przyczyny na nas czyhało?
Chociaż byłam zajęta myślami, po przeżyciach tej nocy wszystko, co mnie otaczało, odbierałam nadzwyczaj wyraziście. Chociaż w korytarzach, którymi prowadziła nas pani Giry panował mrok, udało nam się dostrzec wiele szczegółów: wszędzie w zasięgu wzroku widziałyśmy ślady czyjejś niedawnej obecności. Dekoracje, które zostały świeżo pomalowane, maski leżące tak, aby był do nich łatwy dostęp… Pozamykane na klucz drzwi garderoby, stojąca gdzieś w kącie pusta butelka po winie, którą musieli pozostawić tam maszyniści… Wszystko to uważnie obserwowałyśmy, jakby próbując zachować w pamięci ich obraz, gdyby okazało się, że to wszystko było tylko snem.
Nie mogłam przyzwyczaić się do swojego nowego wyglądu. Gdzie zapodziało się ponad trzydzieści kilogramów nadwagi? Przecież nie spaliłam ich tak szybko na siłowni, do której zaczęłam chodzić zaledwie dwa tygodnie wcześniej. Albo na zajęciach z hip-hopu, na które razem z Meg uczęszczałyśmy dwa razy w tygodniu od pół roku. Co chwilę spoglądałam w dół, by zorientować się, że mój brzuch rzeczywiście jest całkiem płaski, biodra – wąskie, bez denerwującego cellulitu, a nogi – długie i szczupłe. Moje stopy (z resztą, baleriny też) zmniejszyły się o przynajmniej dwa rozmiary. Gdyby nie paski zapinane na kostce, na pewno już dawno spadłyby z moich nóg.
Meg pod tym względem nie zmieniła się tak bardzo. Owszem, miała inne rysy twarzy i urosła kilka centymetrów tak, że byłyśmy prawie równe wzrostem. Poza tym, chyba miała większy biust i nieco okrąglejsze biodra. Zawsze była niska i drobna, więc odkąd pamiętam nazywałam nas w myślach „Flipem i Flapem”. Teraz natomiast obie miałyśmy sylwetki rasowych tancerek.
Madame tylko kilka razy odwracała się, aby poinformować nas, gdzie się znajdujemy i co możemy tam znaleźć. Prowadziła nas sprawnie przez dużą część budynku, aby w końcu dotrzeć do części sypialnej dziewcząt z corps, która znajdowała się po drugiej stronie opery.
Czasami zerkałam za siebie, aby dokładniej przyjrzeć się mężczyźnie, który bez słowa sprzeciwu lub chociaż skargi, niósł moje ciężkie bagaże. Był, owszem, wyjątkowo przystojny i mogłam się założyć, że ma wielkie powodzenie u kobiet, ale widziałam u niego charakterystyczną dla arystokratów pewność siebie nawet graniczącą z butą.
Ostatecznie, po przejściu chyba przez cały gmach opery, dotarłyśmy do celu. Znalazłyśmy się w niewielkim, dwuosobowym pokoju z dwoma oknami po stronie południowej. Ściany wyglądały na niedawno pobielone, ale nie było na nich żadnych obrazów, tylko w jednym miejscu ktoś powiesił duże lustro, w którym bez problemu można obejrzeć człowieka od stóp do głów. Urządzenie pomieszczenia stanowiły: dwa pojedyncze, już zasłane łóżka, oddzielone tylko jedną szafką nocną, kwadratowy, stabilny stolik, trzy krzesła, niewielka kanapa, całkiem spora, drewniana szafa, toaletka z taboretem i duży parawan. Za nim natomiast znajdowała się… nowocześnie urządzona łazienka z pełnym węzłem sanitarnym. Dopiero po jakimś czasie miałyśmy się dowiedzieć, że wszystkie sprzęty, które się w niej znajdowały, pochodziły z naszej rzeczywistości, chociaż umieszczono je w roku… 1868!
Meg, usiadła na jednym z łóżek, starając się zamaskować zmęczenie. W tym czasie hrabia postawił mój bagaż na drugim posłaniu. Moja przyjaciółka ostentacyjnie ignorowała go. Znałam ją nie od dziś i czułam, że Withmore musiał jej strasznie nadepnąć na odcisk, zanim pojawiłam się na szczycie schodów. Inaczej nie zachowywałaby się tak dziecinnie. Pomyślałam, że sama muszę być uprzejma za nas obie, niezależnie od tego, czy byłam równie zmęczona, zirytowana i zdezorientowana całą sytuacją, jak ona. Ale, w końcu była ode mnie młodsza, dlatego czasem traktowałam ją, jak niewiele różniącą się ode mnie wiekiem młodszą siostrę.
Właśnie z tego powodu uśmiechnęłam się szeroko do bruneta i podziękowałam mu grzecznie, po czym zajęłam miejsce na taborecie przy toaletce. Chwilę później Fielding kurtuazyjnie pożegnał się z nami, zaznaczając, że na pewno już niedługo ponownie się spotkamy. Madame Giry została z nami i usiadła na krześle.
Nastąpiła długa, dziwna cisza. Przez pewien czas żadna z nas nie odezwała się słowem. Zauważyłam, że Meg uważnie rozgląda się po pokoju.
Po pewnym czasie Madame zwróciła się do nas:
- Klucze do tego pokoju mam tylko ja i wy dwie. Nie wolno wam wpuszczać tutaj nikogo. Ktoś przecież mógłby zauważyć wasze sprzęty pochodzące z dwudziestego pierwszego wieku. Poza tym, proszę was, abyście uważały na swoje słowa i czyny. Tutaj bardzo łatwo jest zapomnieć o tym, że nie pochodzicie stąd. Nie chciałabym, by was odkryli, bo wtedy groziłoby wam jeszcze większe niebezpieczeństwo. Musicie być nad wyraz uważne i ostrożne. Co do innych spraw, to wszystkiego dowiecie się w odpowiednim czasie… - Wstała i uśmiechnęła się do nas z wyraźną troską w oczach. – Teraz najlepiej zrobicie, jeśli położycie się spać. Zobaczymy się jutro na zajęciach baletu. Czeka was ciężki dzień, bo muszę wam wszystko dokładnie wytłumaczyć i zobaczymy, jak sobie radzicie, jako tancerki… Przyjdę rano, by was obudzić.
Cóż nam pozostało? Kiedy Madame wyszła, rozpakowałyśmy szybko swoje rzeczy i wtedy poczułyśmy się nagle strasznie śpiące. Nie zawracałyśmy sobie głowy powtórnym myciem. Dopiero, kiedy skończyłam przekładać rzeczy, zerknęłam w duże lustro na ścianie. Z trudem głośno przełknęłam ślinę. Rzeczywiście, byłam uderzająco podobna do filmowej Christine! Wypisz, wymaluj, Emmy Rossum. Kiedy marzyłam o tym, by być do niej podobną, nigdy nie przypuszczałam, że stanę się DOKŁADNIE taka jak ona. Miałam tylko nadzieję, że zachowałam swój rozum i inteligencję, bo czułam, że będą mi bardzo potrzebne, by poradzić sobie w nowej rzeczywistości. Madame Giry wspominała coś o tańcu… wątpiłam, by oczekiwała od nas pokazu hiphopowego układu, jaki ćwiczyłyśmy od dawna z naszą liderką. Czyżbyśmy miały tańczyć… balet? Prawdziwy balet? Taki z pointami i króciutkimi spódniczkami? Westchnęłam. Najwyraźniej tak. W końcu nasze nowe ciała miały zupełnie inne właściwości, niż te stare. Na próbę stanęłam na palcach. Wytrzymałam dłużej, niż kiedykolwiek w życiu.
Meg przyglądała mi się z rozbawieniem. Jej najwyraźniej szybciej udało się przyzwyczaić do nowej fizjonomii. Ja jednak nie pamiętałam, bym kiedykolwiek była taka szczupła i zgrabna. Na mojej twarzy nie było nawet jednej skazy. Pozostały tylko moje orzechowe oczy, które zmieniały kolor w zależności od światła na brązowy lub zielony. No i moje piegi. Pozostały na swoim miejscu. W filmie Emmy Rossum – Christine nie miała piegów. Pomyślałam, że pewnie łatwo będzie mi je ukryć pod makijażem. W końcu dało o sobie znać moje zmęczenie. Głowa zaczęła mi ciążyć i wiedziałam, że jeśli się nie położę natychmiast, zasnę na stojąco. Zajęłam łóżko obok Meg, wyłączyłyśmy lampę i powiedziałyśmy sobie: „Dobranoc”. Szybko zapadłyśmy w sen…


C.D.N.
Nastrój:

PROLOG

czwartek, 22.maja.2008, 20:08
Witam serdecznie! Bardzo się cieszę, ze aż tyle komentarzy pojawiło się przed samym wstępem tego opowiadania;) Cóż, dzisiaj zapraszam na Prolog. Ma trochę związku z tym, co wydarzy się później.

Od razu odpowiadam na ostatni komentarz pod ostatnią notatką. Tak, pojawią się tutaj negatywni bohaterowie. Może niekoniecznie będzie takim Raoul - nie, on raczej będzie stanowić przykład "mędzacza/płaczka pospolitego";)

Cóż, jeśli jednak nie Erik będzie czarnym charakterem, to kto? Ja już wiem. To znaczy, jest to wersja robocza, ale nie sadzę, by wiele się zmieniła.

No właśnie! Jeden z poprzednich komentarzy dotyczył tez tego, że nie wiem, jak to się skończy. To było trochę przesadzone - z mojej strony. Więc wytłumaczę to tak: większość z tego, co się tutaj zdarzy - po prostu... bardzo dokładnie mi się przyśniła;) Obudziłam się niestety w bardzo ciekawym momencie, więc nie poznałam zakończenia. Co nie znaczy, że w głowie nie domyśliłam sobie, jak to wszystko ma wyglądać;) A więc proszę być dobrej myśli!

Od następnej części każdy rozdział będzie miał tytuł albo "Christine", albo "Meg". Oznacza to, że ten akurat fragment będzie napisany z perspektywy którejś z dwóch dziewczyn;)

Nie będę się już bardziej rozdrabniać. Po prostu - zapraszam do czytania. Może się to wydać trochę naiwne, ale - czemu by nie? Mnie samej śniły się już głupsze rzeczy - że np. strzelali do mnie gestapowcy, więc musiałam wyskoczyć z okna na dziesiątym piętrze budynku, żeby się "uratować";)

Pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie!

Panna X - Christine

***


To my tworzymy naszą rzeczywistość.


Wszystko zaczęło się od tego, że postanowiłyśmy razem z Meg uniezależnić się od naszych rodziców… Fakt, iż po ukończeniu osiemnastego roku życia stałam się prawną właścicielką spadku po babci – dużego mieszkania w dawnej arystokratycznej rezydencji w Mayfair – zdawał nam się to maksymalnie ułatwiać.
Pieniądze nie stanowiły problemu – udało nam się go rozwiązać już wcześniej – w raczej niekonwencjonalny sposób.
Pracowicie remontowałyśmy przez czas aż do wakacji każdy zakamarek naszego przyszłego domu.
I na co to wszystko?
By spędzić tam aż jeden wieczór.
Może nie doszłoby do tego wszystkiego, gdybyśmy nie miały tak na imię – Christine i Meg. Albo – gdybyśmy tak bardzo nie uwielbiały musicalu Andrew Lloyda Webera „Upiór w operze”. A może było to zależne właśnie od tego, że zamieszkałyśmy w tym, a nie w innym miejscu?
Chociaż chyba najbardziej prawdopodobne, że powodem całej sytuacji była nasza odwieczna niechęć do zakończenia tej tragicznej historii i przyzwyczajenie do zastanawiania się „co by było, gdyby”…
To wszystko jednak nie ma już znaczenia. Stało się i już. Pozostało nam działać – wziąć swój – i jednocześnie wszystkich bohaterów tej historii – los w swoje ręce…
Nastrój:




| Lay&html by Panna X TYLKO dla CHRISTINE & MEG |


M E N U

Już osób poznało naszą historię Upiora Opery...


K s i ę g a

.:Zobacz:.
.:Wpisz się:.



BOHATEROWIE

Dodaj do ulubionych

Anioł Muzyki...


A r c h i w u m

2008
maj (2)
czerwiec (1)
lipiec (1)

2009
sierpien (1)




L i n k i

Moje blogi
Inna historia Upiora Opery...
Gwendolyn de Diamant (Średniowiecze)
Pieśń Camelotu...
Victoria Somerset
Gabby Fielding - Taniec marzeń
Victoria Potter
Marta, księżniczka Silvermore
Anielica - Vera de Diamant
Niezapomniane historie - razem z drogą Ewą przepisuję ulubione książki;)
Zaczarowane święta;)

Blogi przyjaciół
Madame Malkin
Alexandra Lestrange
Eve Wright
My-fairytale
Connie Rohan i Emma Stuart
Życie - Koszmar!
Amanda Wood
Owieczka;)

Oceny
Nie-banalne-oceny!

Mój Profil

Podlinkuj

brak kategorii (2)
Opowieść Christine (2)
Opowieść Meg (1)
wszystkie (5)

christine meg (1)meg christine (1)prolog christine meg phantom of the opera (1)

mala-ygrek



K l u b y



U l u b i e n i

victoria-potter-storysandglass-of-dreamsowca5746story-of-audreyzycie-koszmarconnie-rohanewa5746panna-ysong-of-camelotphantom-of-the-opera

C R E D I T S

Szablon wykonany na specjalne zamówienie
Christine & Meg
Grafika wykonana osobiście
PRZEZE MNIE
Użyłam do tego:
kadrów z filmu
"Upiór w Operze".
Avatar to pomniejszony obrazek
STĄD

Dziękuję SZABLONART
za użyczenie kodu pomocniczego.